![Gilotyna marzeń [Koło Czasu XI] Gilotyna marzeń [Koło Czasu XI]](/cache/2/2934d8d-gilotyna-marzen-kolo_800.webp)
Porównywany do Władcy Pierścieni monumentalny cykl fantasy, który pokochało ponad
40 milionów czytelników na całym świecie
Nieuchronnie nadciąga Tarmon Gai'don, Ostatnia Bitwa, armia Czarnego rośnie w siłę… Umarli
zmartwychwstają, ludzie giną w niesamowity sposób, rozpada się, z pozoru niewzruszona,
podstawa rzeczywistości - wszystko to są znaki zapowiadające bliskość Ostatniej Bitwy, w której
Rand al'Thor, Smok Odrodzony i jedyna nadzieja ludzkości, będzie musiał stawić czoła Czarnemu.
Ale nie odważy się tego uczynić, zanim nie zgromadzi wszystkich ocalałych pieczęci zamykających
więzienie wroga. Poza tym wciąż musi się zmagać z innymi niebezpieczeństwami - wśród
Przeklętych jest wielu, którzy uciekną się do wszelkich środków, by go zabić... Smok Odrodzony
musi żeglować na wichrach czasu, w przeciwnym bowiem razie nic nie powstrzyma triumfu
Cienia…
„Zawrotne tempo, liryczne piękno i zdumiewający rozmach cyklu Koło Czasu uczyniły z Roberta
Jordana najwybitniejszego kontynuatora tradycji Tolkiena. Gilotyna marzeń potwierdza zalety
wszystkich poprzednich tomów, eksplodując mnogością wydarzeń i urzekając klimatem zbliżania
się ostatecznego starcia”.
„Publishers Weekly”
KOŁO CZASU
TOM XI
Tytuł oryginalny: Knife of Dreams
Tłumacz: Jan Karłowski
Podmiot odpowiedzialny za bezpieczeństwo produktu: Zysk i S-ka Wydawnictwo S.J., Wielka 10, 61-774 Poznań (PL), numer telefonu: 616706619, adres e-mail: sekretariat@zysk.com.pl
| Autor | Robert Jordan |
| Wydawnictwo | Zysk i S-ka |
| Rok wydania | 2023 |
| Oprawa | twarda z obwolutą |
| Liczba stron | 946 |
| Format | 14.0 x 20.5 cm |
| Numer ISBN | 978-83-8335-075-2 |
| Kod paskowy (EAN) | 9788383350752 |
| Data premiery | 2023.11.14 |
| Data pojawienia się | 2023.10.27 |
Produkt niedostępny!
Ten produkt jest niedostępny. Sprawdź koszty dostawy innych produktów.
To najdłuższa seria, którą przeczytałam po kolei, tom za tomem tak jak wychodziły. Jestem z tego powodu z siebie dumna, gdyż książki autora są naprawdę grube, ta ma prawie tysiąc stron drobnego druku ciasno osadzonego. To już numer jedenasty, a pierwsze wydanie tej książki wyszło jedenastego października 2005 roku. Do tej pory nie wiedziałam, że James Olivier Rigney wydał serię pod pseudonimem Robert Jordan. Zapewne nie wiecie, że zaraz po napisaniu właśnie tego jedenastego tomu ciało autora opanowała ciężka nieuleczalna choroba Amyloidoza. Niestety po roku czasu walki z nią, autor zmarł w 2007 roku, gdzie był w trakcie pisania dwunastego tomu serii. Jego małżonka, która była edytorką jego wszystkich książek, dokończyła serię za niego, powierzając ją młodemu pisarzowi Brandonowi Sandersonowi, który był największym fanem tej serii. Wdowa udostępniła mu wszelkie notatki i informacje odnośnie dalszych części, które pozapisywał jej mąż. Wszelkie inspiracje odnośnie całej serii czerpał z Wojny i Pokoju Lwa Tołstoja. Na tamte lata seria sprzedawała się w osiemdziesięciu milionach egzemplarzy na całym świecie. W 2019 roku Wydawnictwo Zysk i S-ka rozpoczęło w Polsce wznowienie całej serii i to dzięki niemu mogę je wam recenzować. A znajdziecie w niej elementy buddyzmu, chrześcijaństwa i hinduizmu. Opiera się na pojęciach reinkarnacji, co mnie zawsze fascynowało, dualizmu w który zgłębiałam się z ciekawością i taoizmu, który dopiero odkrywam. To zupełnie inny świat fantastyki, gdzie wszystkie chwyty są dozwolone i zdarzyć może się naprawdę wszyściutko. Dotychczasowy świat w tym tomie się rozpada. Jedni giną w niesamowitych okolicznościach, a inni zmartwychwstają. Ogromna bitwa, która jest wpisana we wszystko i nic. To od zwycięstwa danej postaci zależy czy świat przetrwa, czy zostanie zniszczony, a z nim cała ludzkość. Niektórzy z nich wiele muszą poświęcić, by ich plan się powiódł. Wiele na ten temat rozmawiają, czepiają się wszystkich możliwości, by tylko wygrać ten pojedynek. Zajrzyjcie zatem do świata cudownej fantastyki, gdzie akurat w tym tomie dzieje się bardzo dużo. Jak wiecie kolejny może być zupełnie inny.
„Gilotyna marzeń” to kolejny, już jedenasty tom cyklu Koło Czasu autorstwa Roberta Jordana. To, jak dotąd najdłuższa moja przygoda z cyklem fantastycznym, biorąc pod uwagę wielkość tomów. Czy zdążyłam się znużyć? O dziwo nie, nadal jestem zdeterminowana, aby poznać zakończenie, w końcu przebrnęłam przez kawał historii. Jak wcześniej wspominałam, to jedenasta książka i zarazem ostatnia wydana przed śmiercią autora. Robert Jordan znalazł utalentowanego pisarza, Brandona Sandersona, przekazał mu notatki, aby ten mógł go dokończyć cykl Koło Czasu.
Fabuła „Gilotyny marzeń” sama w sobie jest niezwykle satysfakcjonująca, zbliżamy się, bowiem do tego, co nieuchronne. Ostatnia bitwa między Randem a Czarnym, który rośnie w siłę. Nadszedł, zatem czas, aby pozostałe frakcje zdecydowały, po której stronie stoją. Jednak napędzanie ich i kierowanie się własnym interesem komplikuje sprawę. Wydarzenia na pewno toczą się szybciej i przybierają ostrzejsze zakręty. Niektóre wątki zostały skrócone, inne zapętlone jeszcze bardziej. Niektórym bohaterom udało się nawet osiągnąć swoje pośrednie cele.
„Gilotyna marzeń” jest pełna akcji i poznajemy po trochu, co u wszystkich naszych ulubionych bohaterów oraz kierunek, w jakim podążają ich wątki fabularne. Zaczęło się od bardzo dramatycznego pojedynku Galada z Białych Płaszczy. Fbuła jest ciekawa, toczy się w różnych lokacjach, śledzimy losy wielu postaci, którym poświęcamy uwagę, a to, co się dzieje, ma znaczenie dla głównego wątku. Zdecydowanie mniej jest długich opisów, książkę czyta się znacznie szybciej niż poprzednie tomy, co było bardzo miłym zaskoczeniem. Egwene udowadnia, że jej przeznaczeniem jest władać Tronem Amyrlin. Czuję, że każdy czytelnik będzie jej kibicować, za jej cierpliwość i siłę woli. W jej historii jest mnóstwo napięcia i dreszczyku emocji. „Gilotyna marzeń” to jedna z lepszych części cyklu Koło Czasu. Epilog sprawił, że nie mogę się doczekać rozpoczęcia kolejnej książki, szczególnie w kontekście wydarzeń w Czarnej Wieży. Autor odszedł za wcześnie i przykro, że nie udało mu się dokończyć swojego epickiego dzieła. Robert Jordan pozostawił po sobie wspaniałą spuściznę i odcisnął piętno na gatunku fantasy i na pewno nie zostanie zapomniany.
Czytając Gilotynę marzeń od samego początku można poczuć, że nadchodzi Ostatnia Bitwa, Tarmon Gai’don. Nie tylko dlatego, że sam Wzór Wieków zachowuje się nieprzewidywalnie i dziwnie, ale również dlatego, że wiele wątków zmierza powoli ku swojemu finałowi. Mamy tutaj wiele bitew, potyczek, zasadzek, ale również politycznych intryg, czy oblężeń. Nie sposób opisać wszystkich wątków bez zdradzania większości wydarzeń, ale zapewniam Was, że Jordan w tym tomie powrócił do dawnej formy. Wiele dużych i długich wątków zostaje rozwiązanych, co prawda nie zawsze okazuje się, że miały duży wpływ na historię, ale trzeba mu to wybaczyć. Jednocześnie pojawiają się też nowe, niemniej interesujące, które z każdą stroną przybliżają nas ku finałowi cyklu.
Gilotyn marzeń jest ostatnim tomem z cyklu Koło Czasu napisanym przez Roberta Jordana. Pisarz zmarł zanim zdążył go skończyć, a ostatnie trzy napisał Brandon Sanderson. Żałuję, że autor nie miał możliwości stworzenia zakończenia swojego cyklu, jednego z najdłuższych, jakie czytałem. Przede wszystkim dlatego, że w Gilotynie marzeń autor wrócił do swojej dawnej formy i skupił się na doprowadzeniu wielu wątków do końca i popchnięcia mocno fabuły do przodu. Owszem, Gilotyna marzeń to wciąż ogromna książka, pełna długich opisów, ale czytało mi się ją zdecydowanie lepiej niż kilka ostatnich tomów.
Gilotyna marzeń to bardzo dobry, jedenasty tom cyklu Koło Czasu Roberta Jordana. Nadchodzi Ostatnia bitwa, wiele wydarzeń zmierza ku końcowi a rzeczywistość zaczyna stracić swoją spójność. Polecam!
I kolejny tom „Koła czasu” powrócił na polski rynek. Tym razem chodzi oczywiście o „Gilotynę marzeń”. Tom jedenasty, lata temu podzielony na dwie książki, jak większości części serii, ale teraz wznowiony – w sumie, jak przed laty, w drugim wydaniu – w jednym, liczącym niemal 950 stron, tomiszczu. Jednocześnie to także ostatnia odsłona cyklu, jaką za życia napisał Jordan – potem tworzenie serii na kolejne trzy tomy przejmie Brandon Sanderson, ale o tym, wiadomo, innym razem – więc to w sumie już swoiste pożegnanie, ale przede wszystkim po prostu dobry ciąg dalszy znakomitej serii.
Jeśli chodzi o treść, zbliża się Ostatnia Bitwa. Starcie Smok Odrodzony kontra Czarny. Wszystkie znaki na niebie i ziemi – zgony, zmartwychwstania, ginąca rzeczywistość – wskazują, że to już tuż-tuż. No ale taka konfrontacja nie może odbyć się od tak. Smok musi się przygotować, musi dokończyć, a przy okazji musi dotrwać do tego momentu. No i przecież nie jest jedynym, którego losy będziemy śledzić…
Robert Jordan „Koło czasu” zaczął pod koniec lat 80., z pierwszym tomem debiutując w roku 1990. I to miała być seria na sześć tomów, a piętnaście lat później okazało się, że wyszło z tego już jedenaście – plus prequel – i to jeszcze nie koniec. Ale niestety okazało się, że autor jest śmiertelnie chory, zostało mu ledwie kilka lat życia i zaczął przygotowywać się na najgorsze, a przy okazji także na perspektywę, że swojego opus magnum nie dokończy. A została mu jedna tylko powieść – „Pamięć Światłości”. Ostatecznie ta powieść podzielona została przez kontynuatora na trzy tomy, ale to już pieśń przeszłości. Jeszcze do tego mówi się o dokończeniu trylogii prequeli, ale na razie mamy ten ostatni w pełni zrobiony przez Jordana tom i…
No i widać, że autor chciał to przyspieszyć, skończyć, a przy okazji wyszło to opowieści na dobre. Bo tak, już od pierwszych stron wszystko rusza w dobrym, konkretnym tempie, a zanim powieść dobiegnie końca, sporo ważnych wątków się zakończy. I może po wszystkim zostaje wrażenie, że niektóre z nich były zbędne i niewiele z nich wynikło, ale nie zmienia to faktu, że domknięcie ich cieszy, a poza tym nad tym wszystkim ciąży widmo bliskiego końca. Widać, że życie osobiste autora przełożyło się na fabułę, bo ta nieuchronność nadciągającej tragedii i wielkiego finału wyczuwalna jest na każdym kroku. A iście apokaliptyczna akcja, podana z monumentalnym rozmachem, naprawdę robi wrażenie.
Więc „Gilotyna marzeń” – tytuł również wymowny w kontekście tego wszystkiego, co już napisałem powyżej – to powrót do lepszej formy. Mniej tu wodolejstwa, choć wiadomo, przy takim rozmiarze tomiszcza, trochę być musiało, za to wróciła akcja i to wróciła w dobrym stylu. Fajnie się to wszystko rozwija, fajnie niemal dobiega końca, a po wszystkim chce się więcej. i tylko żal, że to więcej, to już niestety dokończone przez Sandersona, bo akurat fanem jego prozy i stylu nie jestem. No ale zobaczymy, jak poradzi sobie w domknięciu projektu kogoś innego i wejściu w jego stylistyczne buty. Może lepiej, niż w solowych projektach? Mam nadzieję.